O Krzyżakach i rybach żywcem przewożonych
W poprzednich dwóch odcinkach, dzięki pomocy Dietmara Serafina przytoczyłem wspomnienia Martina Stoewahse, którego dziadek Heinrich na początku ubiegłego stulecia dzierżawił większość jezior w okolicach Pisza. Do tych wspomnień zawartych w książce Der Kreis Johannisburg z pewnością jeszcze wrócimy. Dziś jednak chciałbym skorzystać z opisów Fritza Skowronnek, który w wydanej nakładem Borussi „Księdze Mazur” również wiele miejsca poświęcił gospodarce rybackiej na terenach Prus Wschodnich.
Fritz Skowronnek w swych opisach sięgną jednak dalej, gdyż pokrótce opisuje jak to z tymi rybami radzili sobie Krzyżacy. Z opisu, przytoczę wynika, że zakon krzyżacki był dobrym i oszczędnym gospodarzem. „Zarządzał jeziorami sam lub też zatrudniając przedsiębiorców, a nie dzierżawców, bacznie nadzorował i pobierał przysługujący mu udział, który określić można jako lwią część... Zakon nie tylko znał się na łowieniu ryb, ale także na ich spieniężeniu. Najlepsze gatunki ryb przewożono żywcem w wodzie, to znaczy w dużych beczkach, aż w odległe zakątki Polski. Do tego celu wydawały się stworzone rzeczki wpadające do Wisły, takie jak chociażby Pisa. Pośledniejsze gatunki ryb zasypywano solą i w beczkach przewożono drogą lądową. Zimą zamrożone ryby przewożono w jeszcze odleglejsze strony...” Jak dalej pisze autor „Księgi Mazur” mądrość i gospodarność zakonu zawarto w powiedzeniu „że młócącemu wołowi nie trzeba zawiązywać pyska”. Dlatego też każde gospodarstwo, gdy tylko zachodziła taka konieczność otrzymało prawo do połowu ryb w okolicznych jeziorach. Właśnie to prawo jak sugeruje Fritz Skowronnek uchroniło Mazurów od największej klęski głodu jaka nawiedziła region w pierwszych trzech dziesięcioleciach XIX wieku. Dzięki zasobności jezior nawet najbiedniejsi Mazurzy nie cierpieli głodu.
„... Dużych połowów nie sprzedawano, lecz konserwowano. Część ryb wędzono, część opiekano w piecu jak chleb. Wysuszone na kość ryby zawieszano w workach, żeby żadna mysz nie mogła ich dosięgnąć. Ponieważ za młodu sam w dużych ilościach i chętnie jadłem takie upieczone ryby zamiast chleba, mogę zaświadczyć, że są one wspaniałym pożywieniem ...”
Mazurom żyjącym z lasu i jezior żyło się dobrze, nie cierpieli głodu do czasu gdy nagle w drugiej połowie XIX w jak pisze Fritz Skowronnek nagle w zagrody chłopskie wkroczył fiskus. Zakazano wypasu bydła w lasach, cofnięto stare „krzyżackie” prawo zezwalające rolnikom połowów w pobliskich jeziorach za pomocą niewielkich narzędzi. Właśnie te nowe prawo według Fritza Skowronnka było główną przyczyną emigracji mazurskiej. Autor na kartach „Księgi Mazur” zawarł również przestrogę dla przyszłych pokoleń: „... nie odcinajcie ludności od lasów i jezior, od ich naturalnych źródeł pożywienia, bo ludzie wciąż będą wyjeżdżać, żeby nie głodować, i będą woleli pracować w kopalni niż przy młócce, przymierając głodem...”
Ci, którzy nie wyjechali z dnia, na dzień stali się kłusownikami, bo jak można Mazurowi zabronić łowienia ryb, gdy jezioro o krok, a rybactwo wyssali z mlekiem matki. Ciekawe Fritz Skowronnek z tematem kłusownictwa zmierzył się w rozdziale swej książki „Rybołówstwo latem”, ale to jest już temat na oddzielny artykuł.
| następna » |
|---|


